Tego polecić Wam nie mogę – 3 opery, które mnie rozczarowały

W pierwszym wpisie poświęconym kulturze pisałam, że z opery nikt nie wychodzi obojętny. Można się w niej zakochać lub ją znienawidzić. Ja miałam to szczęście, że pierwsze spektakle na jakie trafiłam (m.in. „Oniegin”) były fantastyczne i skłoniły mnie do dalszego obcowania z tą formą sztuki. Niemniej jednak w swojej ponad pięcioletniej przygodzie z operą trafiłam też na przedstawienia, które mi do gustu nie przypadły. Sądząc po liczbie widzów i ich reakcjach na zakończenie sztuki podejrzewam, że nie tylko ja wyszłam rozczarowana.

„Wilhelm Tell” (muz. Gioachino Rossini, reż. David Poutney)

Kanwą historii opowiedzianej w tej operze jest walka Szwajcarów z austriackim najeźdźcą. Wilmelm Tell to świetny łucznik i patriota, który pomaga swemu pobratymcowi w ucieczce przez jezioro. Niestety austriacki gubernator Gessler odkrywa jego udział w akcji i postanawia wymierzyć mu karę. Uratować mogą go jedynie umiejętności łucznicze. Gessler chcąc przekonać się o kunszcie Wilhelma każde mu strzelać do jabłka umieszczonego na głowie jego syna Jeremmy’ego. W zamian obiecuje go uwolnić. Wątkiem pobocznym jest miłość Arnolda do austriackiej księżniczki Mathilde, sceny powstańcze oraz obrazki z wiejskiego życia.

Źródło: Teatr Wielki Opera Narodowa

Największym plusem opery jest muzyka, której z przyjemnością można posłuchać w domu. Kilka motywów jest szczególnie znanych i zostały one dobrze wykonane przez Orkiestrę Opery Narodowej, jednak pozostałe elementy pozostawiają wiele do życzenia. Śpiewacy zostali źle dobrani do swoich ról. Wilhelm Tell, czyli kluczowa postać tej sztuki jest nijaki i trudno się zorientować, że to on jest osią spektaklu. Z koeli wcielający się w Arnolda Yosep Kang jest zdecydowanie zbyt dobry jak na tak poboczną rolę. Co więcej kulminacyjny moment spektaklu tj. strzelanie przez Tella do jabłka nie wzbudza żadnych emocji i nie jest zbyt mocno zaakcentowany. Na minus są też powtarzające się jak matnia fragmenty libretta, które niepotrzebnie wydłużają sztukę. W mojej ocenie trwający ponad cztery godziny spektakl był zbyt męczący. Nie urzekła mnie również scenografia  i choreografia. Wszystko to było bez wyrazu, jakby twórcom spektaklu zabrakło pomysłu na przedstawienie historii jednego z najbardziej znanych bohaterów szwajcarskich.

„Nabucco” (muz. Giuseppe Verdi, reż. Marek Weiss)

Akcja tej opery rozgrywa się w starożytności a jej kluczową postacią jest król babiloński Nabuchodonozor. Daje się on poznać jako groźny władca, który za wszelką cenę pragnie rozprawić się z podbitym narodem izraelskim. Na przeszkodzie stoi mu jednak jego córka Fenena, która z miłości pomogła uwolnić żydowskiego wojownika Ismaele’a. W przeciwniku podkochuje się także pierworodna, choć nieślubna córka Nabucco – Abigaille. Podsycana przez arcykapłana uzurpuje sobie koronę Babilonii rozgłaszając, że Nabuchodonozor poległ w walce. Jej pierwszą ofiarą pada Fenena, którą skazuje na śmierć za pomoc Izraelitom. Jej plany krzyżuje pojawienie się prawowitego monarchy, który odrzuca wyrok na własną córkę. Abigaille nie daje jednak za wygraną i wykorzystując zamroczenie króla spowodowane rażeniem pioruna, postanawia go uwięzić. Nabucco widząc Fenenę  prowadzoną na śmierć modli się do Boga Izraelitów, który okazuje swoją łaskę. Uzurpatorka ginie w skutek ran zadanych przez rozwalający się posąg Baala, Fenena i Iznalele zostają połączeni węzłem małżeńskim, zaś Nabuchodonozor nawraca się na judaizm.

Źródło: Teatr Wielki Opera Narodowa

Największą zaletą tej sztuki jest piękna muzyka i partie chóralne. Na uwagę zasługuje także scenografia, która idealnie wpisuje się w klimat starożytnej monarchii. Intrygująca historia została jednak przedstawiona jako banalna i na wskroś przewidywalna. Wątek miłosny tak eksponowany w innych operach, w tej został zepchnięty na poboczny plan, mimo że ogrywa w niej kluczową rolę. Również walka narodu izraelskiego została zmarginalizowana. Nawet o samym Nabuchodonorze nie dowiadujemy się zbyt wiele, bo jego losy są niedopowiedziane i wynikają z kolejnych wydarzeń a nie z akcji sztuki. Na pierwszy plan wysuwa się więc walka Abigaille o władzę, chociaż i tu pojawia się wiele niejasności. Dodatkowym minusem jest statyczność postaci. Wydaje się, jakby były one przyspawane do sceny albo obciążone ołowiem, bo niemal w ogóle się nie poruszają. W przeciwieństwie do innych oper nie występują tu również sceny taneczne, co powoduje, że sztuka się dłuży. Jeśli chodzi o wykonawców to także nie zostali dobrze dobrani do swoich ról. W operze duży nacisk położono na Abigaile, w którą wcieliła się Lila Lee. Śpiewaczka jednak nie zachwyciła – raczej wyła niż śpiewała i naprawdę trudno było jej słuchać. Podczas oglądania miało się wrażenie, że twórcy dążyli do jej wypromowania kosztem innych postaci.

„Moby Dick” (muz. Eugeniusz Knapik, reż. Barbara Wysocka)

Opera powstała na motywach powieści Hermana Meleville’a, która uznawana jest za jedno z arcydzieł światowej literatury. Opowiada o losach Izmaela, który decyduje się na udział w wyprawie wielorybniczej. Razem ze swym przyjacielem Queequegiem zaciąga się na statek dowodzony przez tajemniczego kapitana Ahaba, który w walce z wielorybem stracił nogę. Po wypłynięciu okazuje się, że dowódca statku ma na celu zemstę na zwierzęciu, który go okaleczył, czyli legendarnym białym kaszalocie Moby Dicku.

Źródło: Teatr Wielki Opera Narodowa

Opera została zrealizowana przy udziale nowoczesnych technologii. W tle pokazany jest film z wielorybnika, częścią sztuki są animacje oraz wyświetlane napisy. To dzięki nim dowiadujemy się, co się dzieje, gdyż z partii śpiewanych nie sposób zorientować się w akcji. Fabuła została przedstawiona w sposób chaotyczny i zahacza o wiele wątków pobocznych, które utrudniają zrozumienie sztuki. Cała akcja koncentruje się w ostatnim akcie opery mimo, że cały spektakl trwa przeszło dwie godziny. Mamy tu do czynienia z partiami śpiewanymi, które powtarzają się co jakiś czas, co niepotrzebnie wydłuża czas sztuki. Jeśli chodzi o scenografię to stanowi ją fragment statku, który obraca się w momentach, gdy ten płynie. Taki minimalistyczny zabieg zasługuje na uznanie, gdyż jest uniwersalny zarówno dla akcji rozgrywającej się na pokładzie, jak i poza nią. W kwestii obsady trudno mówić o postaci, która jakoś szczególnie by się wyróżniała. Jedynym charakterystycznym bohaterem jest Queequeg, ale to raczej z racji charakteryzacji niż talentów wokalnych. W tym przypadku nawet muzyka nie przypadła nam specjalnie do gustu, więc śmiało mogę powiedzieć, że to była najgorsza opera jaką dotychczas widziałam.

  

Póki co, tylko trzy opery mnie rozczarowały. Zdecydowanie więcej było tych, które wywarły na mnie pozytywne wrażenia. Mam nadzieję, że ta tendencja będzie się utrzymywać.

    

A Wy widzieliście, którąś z tych sztuk? Jaka sztuka Was najbardziej rozczarowała?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.